Trekking z Kalaw nad jezioro Inle

Będąc w Birmie chyba nie sposób nie zajrzeć chociaż na chwilę nad jezioro Inle. Można na nie dojechać bezpośrednio autobusem czy pociągiem z każdego większego miasta w tym kraju lub wybrać się na kilkudniowy trekking z okolicznych miasteczek. My zdecydowałyśmy się na tę drugą opcję. Uważamy, że jest to najlepszy sposób, aby zobaczyć przepiękne krajobrazy tego kraju oraz doświadczyć na własnej skórze jak wygląda codzienne życie mieszkańców birmańskich wiosek.

Do Kalaw z Rangunu dojechałyśmy autobusem nocnym. W sumie to najpierw pogrążone we śnie przejechałyśmy to miasteczko, gdyż kierowca zapomniał się w nim zatrzymać i obudził nas dopiero na następnym przystanku w Aungban. Na szczęście nie było to daleko. Na nieszczęście padał rzęsisty deszcz i nie przestawał chociażby na chwilę. Wyobraźcie sobie, jak się w tym momencie poczułyśmy… Nie dość, że obudzone nad ranem po niezbyt wygodnym śnie w autokarze, za oknem leje jak z cebra (pierwszy w ogóle raz odkąd przybyłyśmy do Azji!), to na dodatek kierowca informuje nas po birmańsku i na migi, że przejechaliśmy nasz przystanek…

Szybko znalazły się jednak osoby znające angielski na tyle, aby pomóc nam w tej sytuacji, a kierowca okazał się na tyle miły, że zorganizował dla nas tuktuka, który zabrał nas z powrotem do Kalaw i to za darmo! W związku z tym na miejscu byłyśmy około godziny 6 rano. Deszcz przestał padać, więc przeszłyśmy się wokół głównych uliczek miasta, usiadłyśmy na herbatę i śniadanie, a gdy zaczęto otwierać biura turystyczne, zaczęłyśmy szukać najlepszej oferty 3-dniowego trekkingu. Po godzinie padło na agencję wujka Sama i cieszymy się, że tak się stało, ale zacznijmy od początku.

Dzień 1 – 20 km

Zapłaciłyśmy za trekking, przepakowałyśmy się do małych plecaków (oczywiście, jak się później okazało, znów wzięłyśmy za dużo rzeczy!), zorganizowano nam nocleg nad jeziorem Inle i przewózkę dużego bagażu do hotelu. W związku z tym myśląc, że to już wszystko i jesteśmy gotowe, czekałyśmy na rozpoczęcie wędrówki. Po chwili zjawił się nasz przewodnik Susu. Nasza grupa składała się jeszcze z pary Austriaków mieszkających obecnie w Bangkoku. Razem w piątkę ruszyliśmy w drogę. Po dosłownie 5 minutach znów się rozpadało. Myślałyśmy, że zaraz się rozpogodzi. Jednak im szliśmy dalej, tym padało coraz mocniej. Po godzinie wszyscy byliśmy przemoczeni do suchej nitki – swoją drogą, o co chodzi z tym powiedzeniem? Przecież skoro ktoś jest przemoczony, to tej suchej nitki nie ma, prawda?

W międzyczasie pojawiły się wątpliwości czy nie przeczekać gdzieś tej ulewy lub nie zawrócić. Okazało się to jednak niezbyt możliwe, ponieważ wówczas nie moglibyśmy dokończyć trekkingu o czasie. Nie pozostało nic innego, jak iść dalej. W deszczu i w błocie, w górę i w dół. Zacisnęłyśmy zęby i szłyśmy przed siebie.

Gdy o 12 zatrzymaliśmy się w Shar pin na lunch, odetchnęliśmy na chwilę ściągając mokrą odzież i mając naiwną nadzieję, że może trochę przeschnie do momentu, kiedy będziemy ruszać dalej. Tak się jednak nie stało i po godzinie zmuszeni byliśmy założyć przemoczone rzeczy z powrotem na siebie. Padało dalej, a nam pozostały jeszcze 3 i pół godziny marszu, które były swoistą walką ze swoimi słabościami. W takich momentach człowiek zaczyna myśleć: po co to wszystko? Przecież mogłam leżeć w ciepłym łóżku w domu i oglądać któryś z moich ulubionych odcinków ,,Przyjaciół”…

Zdecydowałam jednak inaczej i wyruszyłam w tę podróż, a takie pytania w jej trakcie są rzeczą normalną. Tak mi się przynajmniej wydaje. Na pewno pojawi się ich jeszcze wiele. W końcu jesteśmy tylko ludźmi, którzy w takich momentach, poddają w wątpliwość sens tego, co akurat robią, a przecież nie można się poddawać, gdy nie wszystko idzie zgodnie z naszym planem i pojawiają się pierwsze problemy. Najtrudniej jest właśnie wtedy, gdy jest się w połowie drogi, a cel wydaje się niejasny. Wystarczy jednak sobie uświadomić, że ograniczenia istnieją wyłącznie w naszej głowie, a spełnienie naszych marzeń jest na wyciągnięcie ręki. Musimy tym razem tylko dać z siebie trochę więcej, żeby je osiągnąć.

Tak zrobiłyśmy i popołudniem dotarliśmy do Kyauk, gdzie tej nocy mieliśmy spać. W wiosce znajdowało się kilkadziesiąt domów. Większość z nich na drewnianych palach, z wiadrem wody (czytaj: łazienką) na zewnątrz i bez elektryczności. W takich miejscach życie toczy się od wschodu do zachodu słońca, także jak tylko zjedliśmy kolację, zasnęliśmy. Znów padało całą noc.

Dzień 2 – 15 km

Zostaliśmy obudzeni o świcie. Przygotowano dla nas przepyszne śniadanie mające nas pokrzepić na dalszą wędrówkę i wszystko byłoby świetnie, gdyby nie to, że nasze ubrania wciąż były mokre. Niestety, nie mieliśmy innego wyboru, jak ponownie założyć je na siebie i ruszyć w drogę w nie najlepszych w związku z tym humorach. Deszcz przestał jednak już padać, a po drodze zza mgły zaczęły się wyłaniać kolorowe krajobrazy.

Po 3 godzinach marszu zatrzymaliśmy się w miasteczku, gdzie odbywał się turniej piłki nożnej z okazji Dnia Niepodległości, który jest obchodzony w Birmie czwartego stycznia. Następnie zjedliśmy lunch w Nang Thain i ruszyliśmy dalej. Po drodze spotykaliśmy coraz więcej osób mieszkających w mijanych wioskach. Wszyscy się do nas uśmiechali, machali, zagadywali, a co odważniejsi, robili zdjęcia. Uśmiech zaczął znów wracać na nasze twarze, a trudy wędrówki dnia pierwszego zostały zastąpione wdzięcznością, że możemy doświadczać na własne oczy piękna czerwonych wzgórz i zielonych pól Birmy oraz jej mieszkańców.

Gdy popołudniem dotarliśmy do Pattu Paut, gdzie mieliśmy tej nocy zorganizowany nocleg, wszyscy byliśmy w świetnych nastrojach i usiedliśmy przed domem, aby zjeść obiad na świeżym powietrzu i nacieszyć się zachodem słońca.

Dzień 3 – 15 km

Znów obudzeni skoro świt zasiedliśmy do śniadania i po chwili ruszyliśmy w końcową drogę nad jezioro Inle. Końcowa nie znaczy ani najkrótsza, ani najłatwiejsza, jako że wiedzie przez tereny górzyste. Pierwsza część pnie się w górę i w górę, a kolejna w dół i w dół. Po drodze należy jeszcze zapłacić 13500 kiatów za wstęp na teren jeziora (ok. 40 zł), który ważny jest przez tydzień.

Tego dnia szliśmy przez 4 i pół godziny aż doszliśmy do Tone Le, gdzie pożegnaliśmy się z naszym przewodnikiem i wsiedliśmy w godzinny rejs łódką do Nyaung Shwe – główna miejscowość turystyczna nad jeziorem Inle. To właśnie tam został nam zarezerwowany nocleg przez agencję wuja Sama.

Podróż łódką była swoistą nagrodą po tych 50 km niełatwego trekkingu, a do tego pogoda dopisywała, więc nie pozostawało nam nic innego, jak cieszyć się roztaczającym wokół widokiem, ale o tym w kolejnym wpisie 🙂

M.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *