Szybcy i wściekli – jak łatwo (nie)dogadać się z Tajami?

Kontynuując moją opowieść z poprzedniego wpisu Brak planu to najlepszy plan, gdy zegarek wybił godzinę 7 rano następnego dnia, rozległo się pukanie do naszego hotelowego pokoju. Zdziwione najpierw nie chciałyśmy otwierać. Gdy jednak pukanie nie ustawało, wstałam z łóżka, otworzyłam drzwi i wyjrzałam na korytarz. Stali w nim Tajowie, dzięki którym znaleźliśmy się w tym miejscu. Jakżeby inaczej! Poinformowali nas, że jadą do pracy. Na co my, zdziwione jeszcze bardziej, zapytałyśmy czy mamy jechać z Nimi. Dzień wcześniej umówiliśmy się, aby wyruszyć w trasę o 10. Otrzymałyśmy informację, że nie jadą teraz na Phuket, tylko do miejscowości w pobliżu Surat Thani, gdzie byliśmy i że wrócą po nas o 10. Ok, dziękujemy za wiadomość… i pobudkę.

Wróciłyśmy spać. Po czym o umówionej porze stawiłyśmy się w recepcji hotelu. Panów ani widu, ani słychu. Myśląc, że pewnie coś Ich zatrzymało w pracy, czekałyśmy dalej. Wybiła 11. Zadzwoniłyśmy do Nich. Okazało się, że są korki i będą o 12. Wybiła 12. Zadzwoniłyśmy ponownie. Jadą, są już blisko. Wybiła 13 i co się okazało? Zepsuł się Im samochód, a naprawa potrwa co najmniej kilka kolejnych godzin. W tym momencie miałyśmy już dosyć czekania, a nie chcąc ryzykować kolejnej wpadki autostopowej, ruszyłyśmy poszukać autobusu na Phuket, gdzie byłyśmy umówione wieczorem z naszym hostem.

W związku z tym, że dworzec autobusowy znajdował się kilkanaście kilometrów od naszego hotelu, pomyślałyśmy, aby spróbować kupić bilet poprzez pośrednika. Oczywiście, jeżeli byłby on w rozsądnej cenie. Szybko znalazłyśmy takiego, który miał w ofercie autobus odjeżdżający za 15 minut z miejsca, w którym akurat byłyśmy i kosztował niecałe 30 zł. Skorzystałyśmy z okazji i chwilę później pod agencję podjechał jakiś rozklekotany autobus. Myśląc, że to nie nasz, najpierw do niego nie wsiadłyśmy. Zaraz jednak uświadomiono nam, że mamy nim jechać i wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że…

I teraz będzie o tym, jak wziąć udział w filmie „Szybcy i wściekli”.

…Gdyby nie to, że na pierwszym postoju, gdy kierowca powiedział, że mamy 15 minut przerwy, odjechał po 10. Bez nas! Oczywiście, wszystkie nasze bagaże i pieniądze były w autobusie, a w miejscowości, w której odbywał się postój, nie było nikogo, kto mówiłby po angielsku lub mógł skontaktować się z kierowcą. Na policję również nikt nie chciał zadzwonić.

Bliskie łez, nie wiedziałyśmy co zrobić. Znalazł się jednak mężczyzna, który postanowił nam pomóc. Po chwili okazało się, że to właściciel tuk-tuka. Zaproponował, że za 200 bahtów (ok. 22zł) będzie próbował dogonić autobus, który nas porzucił. Nie widząc żadnego innego, a tym bardziej lepszego rozwiązania, zgodziłyśmy się. W tym momencie zaczął się wyścig i poczułyśmy się jakbyśmy brały udział w filmie ,,Szybcy i wściekli”. Chyba nic nie oddaje lepiej tej sytuacji niż właśnie ten tytuł, ponieważ kierowca nie bacząc na inne pojazdy na drodze ani tym bardziej na pieszych, mknął przed siebie z niewyobrażalną, jak na tuk-tuka, prędkością i wyobraźcie sobie, że po jakichś 10 minutach udało mu się dogonić nasz autobus! Oczom nie wierzyłyśmy, gdy ukazał się on przed naszymi oczami. Udało się!

Na szczęście na Phuket dojechałyśmy już bez dalszych problemów. Nie miałyśmy ich również później stopując po całej wyspie, ale o tym kolejnym razem 🙂

M.

Jedna myśl nt. „Szybcy i wściekli – jak łatwo (nie)dogadać się z Tajami?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *