Pociągiem przez wiadukt Gokteik

O podróżach birmańskimi pociągami naczytałyśmy się wielu opowieści. Najczęściej były one o tym, jak wolno on jedzie w związku z czym, jak długo trwa podróż, jakie niewygodne są siedzenia, jak jest tłoczno i jak buja wagonami w czasie drogi. Wszystkie te punkty okazały się prawdą, ale po kolei.

Trasa z Hsipaw do Mandalay przez słynny wiadukt Gokteik:

Pociąg odjeżdża z dworca w Hsipaw o 9:40. Na stacji znalazłyśmy się więc około godziny 9 i od razu stanęłyśmy w kolejce po bilety. W Polsce przy okienku zazwyczaj siedzi niezbyt miła pani, która przy każdym pytaniu odsyła do informacji, bo przecież skąd ona ma wiedzieć z którego peronu odjeżdża pociąg. Tutaj jednak nie ma ani okienka, ani niezbyt miłej pani. Jest za to biurko z telefonem, który wygląda jakby lata świetności miał już dawno za sobą i aż dziwne, że wciąż działa. Za tym biurkiem siedzi pan, który jest miły (!) i który ręcznie wypisuje bilety.

W Birmie obowiązuje podział na dwie klasy siedzeń w pociągu. Mamy klasę niższą i wyższą. Oczywiście, my w związku z tym, że podróżujemy niskobudżetowo (aby nie powiedzieć bardzo niskobudżetowo), wybrałyśmy tę pierwszą i nie żałujemy tego, mimo że siedzenia były twarde. Przecież podobnie jest w osobówkach, które kursują choćby na często uczęszczanej przeze mnie trasie relacji Bydgoszcz-Poznań. Za bilety zapłaciłyśmy po 1700 kyatów (ok. 5 zł). Bilety na klasę wyższą były w cenie 3950 kyatów (ok. 12 zł). Różnica wydaje się nieduża, ale tym sposobem udało nam się zaoszczędzić na obiad 🙂 Żarty żartami, jednak najważniejszym powodem, dla którego wybrałyśmy klasę niższą, jest to, iż podróżują nią lokalsi, a w klasie wyższej większość osób, które można tam spotkać, to turyści.

Bilety zakupione, przekąski na drogę również, a więc pozostało nam jedynie czekać na przyjazd pociągu. Planowo powinien nastąpić on o 9:25 i jakie było nasze zdziwienie, gdy wjechał niespóźniony nawet minuty na tory.

Może wjechał to za dużo powiedziane, bo prędkość z jaką to zrobił, pasowałaby raczej do słowa wtoczył się. Fakt nr 1 o prędkości birmańskich pociągów został w tym momencie potwierdzony. Niemniej, wcale tym niezniechęcone szybko zebrałyśmy bagaże i zaczęłyśmy szukać naszego wagonu. Znajdował się on na końcu pociągu. Wsiadłyśmy, zajęłyśmy miejsca, które widniały na naszych biletach i zaczęłyśmy rozglądać się wokół. Oprócz nas w przedziale nie było żadnych turystów, a więc idealnie, pomyślałyśmy sobie!

Pociąg ruszył i tak zaczęła się nasza chyba najdłuższa podróż kolejowa (fakt nr 2 również potwierdzony), w trakcie której handel kwitł na prawo i na lewo. Trzeba przyznać rację temu, kto stwierdził, że Birmańczycy i ogólnie mówiąc, Azjaci potrafią sprzedać wszystko.

Na następnej stacji wsiadł pan, który miał miejscówkę obok nas i który postanowił opowiedzieć nam historię swojego życia. Szkoda tylko, że po birmańsku i nic z niej nie zrozumiałyśmy. Niemniej, rozsiadłyśmy się wygodnie na swoich siedzeniach i zaczęłyśmy czytać.

Po kilku godzinach jazdy miałyśmy już jej trochę dosyć, jako że siedzenia okazały się faktycznie tak twarde, jak o nich mówiono. Tym samym fakt nr 3 o birmańskich pociągach został potwierdzony. Starałyśmy się jednak skupić na pięknie mijanych przez nas krajobrazów, które mogłyśmy podziwiać przez okno. Myślę, że w tym miejscu warto dodać, iż nie było w nim szyby 😀

W międzyczasie w pociągu zrobiło się dość tłoczno (fakt nr 4), jako że zbliżałyśmy się powoli do przejazdu przez słynny mierzący ponad 100 m wiadukt Gokteik. Muszę przyznać, że robi on niesamowite wrażenie i człowiek zaczyna zastanawiać się czy to nie są ostatnie chwile jego życia. Sami zobaczcie:

Pociąg jednak jedzie przez wiadukt bardzo powoli, żeby uniknąć bujania wagonami (fakt nr 5), jakie ma miejsce wszędzie indziej. Zastanawiam się jak można zasnąć w takich warunkach, ale okazuje się, że nie jest to wcale trudne. Niektórzy spali prawie całą drogę.

Warto wspomnieć, że pociąg z Hsipaw do Mandalay jedzie przez Pyin Oo Lwin, gdzie wysiada większość turystów. Pewnie powodem ku temu jest to, iż pociąg zatrzymuje się w tym miasteczku na prawie dwie godziny zanim rusza dalej do Mandalay. Oczywiście, nie wiedziałyśmy o tym kupując bilety i zmuszone byłyśmy przeczekać ten czas w zadymionym wagonie, jako że Birmańczycy palą na okrągło niezależnie od tego, czy jest to miejsce publiczne, czy nie, a także niezależnie od tego, czy na ścianie jest informacja o wysokości przysługującego mandatu za takie wykroczenie, czy nie.

Dalsza droga minęła nam spokojnie, a dziać zaczęło się dopiero jak wysiadłyśmy po 22 w Mandalay, ale o tym napiszę już w następnym poście 🙂

M.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *