Birma – nasze pierwsze wrażenia

Jesteśmy w Birmie, zwanej również Mjanmą, już ponad tydzień, więc szok, jakiego doznałyśmy po przekroczeniu granicy w Myawaddy powoli minął i przyszła pora na podzielenie się z Wami naszymi pierwszymi wrażeniami, jakie sporządziłyśmy na podstawie naszego pobytu w Rangunie i Kalaw.

Po pierwsze, Birma jest czerwona.

W tym stwierdzeniu nie chodzi tylko o określenie sytuacji politycznej w kraju, ale przede wszystkim o jego krajobrazy. Gdzie nie spojrzeć widać czerwoną glinę, dla której odpowiednim kontrastem jest idealnie zielona roślinność, które razem tworzą klimat tego państwa. Czerwone są również chodniki w miastach, na których można znaleźć ślady po przeżutym i wyplutym betelu. Jest on swoistym narkotykiem dla Birmańczyków, mimo tego, że maść, jaką smarowane są liście jest rakotwórcza. Starają się oni jednak tego nie zauważać.

Po drugie, ciężko znaleźć tu kogoś, kto mówi po angielsku.

A jeżeli już trafi się na taką osobę, to będzie ona starała się nam za wszelką cenę pomóc, nawet jeżeli tej pomocy nie będziemy potrzebowali. W końcu jesteśmy gośćmi w tym kraju, a takimi osobami należy się odpowiednio zaopiekować. Normalnym jest, że gdy idziemy ulicą, zostajemy pozdrowione przez zmierzających w drugim kierunku przechodniów.

Po trzecie, kierowcy trąbią na wszystko!

Na ulicach w Birmie panuje niesamowity hałas. Kierowcy trąbią na siebie nawzajem i na innych dając do zrozumienia, że jadą, że masz zejść im z drogi i broń Boże, nie wchodź na jezdnię, bo nie zamierzają zwolnić, a co dopiero Cię przepuścić! Musimy przyznać, że pieszy znaczy tutaj jeszcze mniej niż w Tajlandii, mimo że do niedawna wydawało nam się to niemożliwe. W każdym razie nie waż się wchodzić na ulicę, jeżeli nie obejrzysz się co najmniej pięć razy, a jeżeli zobaczysz jadący autobus, to cofnij się. Zapewne zaraz przyspieszy, jak tylko dostrzeże, że próbujesz przejść na drugą stronę.

Po czwarte, ulice są nieoświetlone.

W miastach, nie wspominając już o obszarach wiejskich, nie istnieje coś takiego, jak oświetlenie uliczne. Po zapadnięciu zmroku nastaje ciemność. Wówczas jeszcze pilniej trzeba patrzeć pod nogi, aby przypadkowo nie wpaść do otwartej studzienki kanalizacyjnej, które można spotkać co kilka kroków.

Po piąte, taksówkarze piją podczas jazdy.

Nie, to nie jest żart. Gdy w Sylwestra zmierzałyśmy na koncert, taksówkarz, który po nas przyjechał, popijał coś przez całą drogę. Dopiero w połowie zauważyłyśmy, że było to piwo zawinięte w worek. Dla odwagi poprosiłyśmy, aby stanął przy pobliskim sklepie, byśmy także mogły kupić po jednym dla siebie. Nie wiem jak inaczej dojechałybyśmy na koncert 🙂

Po szóste, uśmiech jest znakiem rozpoznawczym Birmańczyków!

Mówi się, że Tajlandia to kraina uśmiechu. Dla nas jednak o wiele trafniejszym byłoby stwierdzenie, że Birma jest takim krajem. Wszyscy, których spotykamy na naszej drodze, uśmiechają się do nas, pozdrawiają, zagadują i oferują pomoc. Czujemy się tutaj wspaniale i przede wszystkim bezpiecznie (oczywiście z wyjątkiem momentów, kiedy chcemy przejść przez ulicę).

Po siódme, Birmańscy mężczyźni są niesamowicie przystojni!

Nie wiem co na to wpływa, czy to, że wyglądają na co najmniej pięć lat młodszych niż w rzeczywistości mają, czy jest to odcień skóry, wnikliwość spojrzenia, czarujący uśmiech czy wszystko to razem, ale na ulicy ciężko przestać się oglądać za mijającymi nas mężczyznami, a przecież powinno być na odwrót! 🙂

M.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *